Pamiętnik Indianistki  

XXX ZLOT PRPI - Uniejów 2006 (28.07-06.08)

XXX, jubileuszowy zlot Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Ogromne wyzwanie nie tylko dla samego organizatora, ale i dla samych uczestników. Każdy miał jakieś oczekiwania, każdy nastawiał się na "coś". No właśnie - na "coś". Czy ktokolwiek potrafi dokładnie określić swoje wyobrażenie XXX spotkania indianistów? Jak zwykle wielu z Nas wróci do domu, usiądzie przy komputerze i dopiero wtedy jego odwaga nabierze siły - wyrzuci z siebie wszystkie żale i pretensje. Obrazi przy tym kilka lub kilkanaście osób i nie będzie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Zapomni, że wina może leżeć tak samo po jego jak i czyjejś stronie. Lawina pretensji i wyzwisk ruszy i będzie kolejnym ciosem w ruch, dla którego przecież tak na prawdę wszyscy żyjemy (bo nie wiem jak dla was, ale dla mnie kultura Rdzennych Amerykanów stała się integralną częścią mojego życia). Skąd tyle pesymizmu? Nie wiem - sami się zastanówcie dlaczego i skąd on się bierze w ludziach takich jak ja, którzy tak na prawdę dopiero co zaczęli wrastać w historię PRPI i historię indianistów w Ogóle.

Dla mnie XXX zlot okazał się zlotem wyjątkowym. Po raz trzeci w życiu mogłam doznać tego cudownego uczucia ekscytacji i bezgranicznego szczęścia, które ogarnia mnie za każdym razem, kiedy widzę rozstawione gdzieś w "dziczy" tipi. Mimo, iż pierwszy raz widziałam Uniejowską łąkę na oczy to czułam się jakbym wracała do domu, do dobrze znanych mi źdźbeł trawy i rwącego nurtu Warty. Miałam ochotę nosić i nosić i nosić - tyczki oczywiście :) Powitań, miśków, uścisków, śmiechów i radości końca widać nie było ;) W końcu wspólnymi siłami postawiliśmy nasz "dom" i mogliśmy pomóc naszym kochanym sąsiadom. Co też uczyniliśmy bez namysłu ;) I znów nosiliśmy i nosiliśmy i nosiliśmy - tyczki oczywiście :D hehe

Niektórzy narzekają na teren, na którym odbywają się Uniejowskie zloty. Może jestem mało wymagająca, może nadzwyczaj łatwo przystosowywuję się do trudnych warunków a może po prostu mój dość jeszcze młody wiek robi swoje? Tak czy siak mimo, iż nie było w pobliżu lasu, w którym można było by się schronić przed palącym słońcem to wspaniała rzeka i rzadko porastające jej brzeg drzewa w zupełności mnie satysfakcjonowały. Ale jak już zaznaczyłam - nie jestem wybredna i cieszę się z tego co jest... (pełne zrozumienie dla ludzi mających problemy zdrowotne związane ze słońcem i przede wszystkim problemy zdrowotne bo te jestem w stanie zrozumieć i przyjąć do wiadomości).

Arena - byłam pełna tak szczerych chęci pomocy przy jej budowie... Darek - czemu mnie nie wziąłeś za włosy i nie przyciągnąłeś jak już zaczęliście? ;) Wiem, że to Was nie pocieszy, ale za rok będę koczować przy arenie choćby i przez pół zlotu, ale w końcu dorzucę nieco własnego serca w owo szczególne miejsce :) Mam nadzieję, że ktoś pożyczy mi w nocy koc ;)

POW WOW - ludzie traktowali je nie jak czas, kiedy mogą być razem. Być i stać się niemal idealną jednością. POW WOW było dla niektórych jak "telewizor w przedpokoju". Przechodzisz bo musisz, rzucasz okiem - czasem nawet z zainteresowaniem - i idziesz dalej bo masz ważniejsze i ciekawsze sprawy na głowie. Za każdym razem kiedy odśpiewywany był Honor Song, gdy grany był początek Hymnu Polski... Za każdym razem ogarniało mnie niesamowite poczucie wzruszenia, jedności i ciepła rodzącego się z samego bycia obok siebie. Nawet jeśli nie byłam tuż przy arenie tylko gdzieś obok, stawałam i... Dla mnie jest to oczywiste - dla innych chyba już nie... (POW WOW - http://www.huuskaluta.com.pl/powwow.php)

Faktoria - niektórzy mówią, że była za blisko, ale ja ze swoich źródeł wiem, iż stało się tak z przyczyn technicznych ;) Tak czy siak to mam dwa tylko - lub aż - zarzuty: za drogo i za mało. Poza tym to faktoria jest najmniej znaczącym elementem całego zlotu, więc co się będę rozpisywać ;)

Nie wiem jak inni, ale ja po raz pierwszy na prawdę nie wiedziałam na co się zdecydować - tu mecz, tu spotkanie, tu coś tam innego. Dzięki Bogu jest takie coś jak Indian time :) hehe Ech...

Popływałam, postrzelałam z łuku - straciłam jedną strzałę :P hehe, zadymiłam się dymem... w tipi. I tylko jednego bardzo, bardzo mi żal - kaszki Staszka, której w tym roku nie skosztowałam! ;( weeee!!! :( hehe Znów pomagałam w szałasie - miało to dla mnie jeszcze większe, dużo większe, znaczenie niż ostatnim razem. Reklamowałam stragany - Ach, nareszcie znalazłam tę książkę co się rozeszła w 2 mln. egzemplarzy. Dwa lata jej szukałam! :P hehe - tak... :) Chodziłam i przytulałam, wyjadałam, marudziłam, pomagałam i dręczyłam. :) Otwarte spotkania Zlotowej Rady trochę mnie zawiodły, ale może postawiłam zbyt wysokie oczekiwania? Spotkanie Czerwonych Sukienek też nie przyniosło rewelacji, ale ważne, że w ogóle się odbyło :) hehe Miejmy nadzieję, że na owej jednorazowej inicjatywie się nie skończy! :) Poza tym to spotkania, spotkania i spotkania - wszędzie i ciągle zawsze ciekawe :) hehe

A potem wstałam o 04:20 i o 05:00 rano spotkałam się z innymi biegaczami przy Centralnym Ogniu. Bieg Dla Tradycji... Powiem Wam szczerze, że strasznie się bałam. Bałam się, że zawiodę siebie i innych i że nie przebiegnę moich deklarowanych trzech kilometrów. Jednocześnie powzięłam mocne postanowienie, że choćbym miała paść to nie poddam się :) Po przydzielaliśmy się do aut i w ten sposób powstały grupy biegaczy. Stuff zaczął krążyć - z rąk do rąk... Trafił na Nas - mnie, Darka, Emi i Pawła (kochany kierowca naszego kochanego groszkowego indian caru:) Drogą selekcji - nie do końca ją pamiętam i rozumiem bo lekko byłam oszołomiona - zostałam wybrana (wybraniec :P hehe) na tę Pierwszą. Początkowo przerażona, po chwili dumna ruszyłam przed siebie. I tak biegłam... Biegliśmy. Dobiegliśmy. Nawet nie wiecie jakie to cudowne uczucie biec z bębnem w ręku. Biec do utraty tchu... Dziękuję Wam za to, że mogłam biec z Wami i przy Was! :) A potem około 12:00 było otwarcie Alei naszego Sata... I znów pobiegliśmy. Pobiegliśmy ze świadomością, że od dziś, tam w parku Uniejowskim jest miejsce drogie dla każdego z nas, miejsce gdzie zawsze będziemy mogli wrócić...

XXX zlot. Pachnie indiańskimi plackami, pachnie kawą od TDK, pachnie dymem z ogniska, rysuje się w świetle gwiazd, stoi pod Wielką Niedźwiedzicą, odchodzi w przeszłość - zostaje w sercach. Dzięki Ranoresie - ogromne dzięki!

Mirrow

Ranores

All rights reserved - Mirrow.