Pamiętnik Indianistki  

V "Indiański Świat" POW WOW w Katowicach
25 listopada 2006


A to moja ściana i mój plakat z Pow Wow do niej przyszpilony :)

JESIENE KONTEMPLACJE PO POW WOW w KATOWICACH

    Jadę na Pow Wow! - nie potrafię się skupić a przede mną cała noc nauki łaciny. Siedzę do trzeciej w nocy, ale jest we mnie moc i pełnia szczęścia. Nic się nie liczy, nic mnie nie przeraża, jestem pewna, że mogę dokonać wszystkiego czego tylko chce.
    Wstaję o 6:30 - nie mogę się przecież spóźnić na pociąg! Jest szaro, ale pięknie. Staram się nie hałasować, żeby nie obudzić domowników - jest sobota, więc o tej porze są jeszcze w łóżkach. Na palcach przemierzam trasę: łazienka - kuchnia - pokój, ciągle czegoś zapominając. "A to i tamto bym jeszcze wzięła!". Nie jestem w stanie zjeść śniadania - nie jestem głodna... Chce już wyjść! Iść..., biec - na pociąg do Katowic! Mimo moich zabiegów antyhałasowych budzi się mój kochany tatko. Zawozi mnie na dworzec i przestrzega, tak jak to każdy rodzic przestrzega swoje dziecko, przed wszelkim złem tego świata. Stoję na peronie i wypatruje czy może pociąg już nadjeżdża...
    W pociągu spotykam przesympatycznych podróżnych. Nie rozmawiamy, ale ciepło i serdeczność unoszą się w powietrzu. Wychodząc kolejno na następujących po sobie stacjach żegnamy się uśmiechem i życzeniami miłej podróży. Wydaje mi się, że cały świat - wszyscy ludzie dookoła - są zupełnie inni niż zwykle, lepsi.  W końcu docieram do Katowic. Wysiadam. Czy to na pewno ta stacja? Jak przez mgłę pamiętam, że w zeszłym roku... Tak, tak! To muszą być Katowice. Dla pewności pytam się jednak stojących przy rozkładzie pociągów - na którym jest napisane KATOWICE! - kobiet czy to ta stacja. Oczywiście wszystko się zgadza. Schodzę do przejścia, żeby wydostać się przed budynek dworca, ale Kasia, Rafał, Marysia i Wojtek czekają już na mnie w holu. Razem idziemy do "Złotego Osła", gdzie urzędują nieświadomi mojego przybycia Darek i Tipi Dobrej Kawy - w końcu miało mnie nie być ;) Swoim przybyciem zrobiłam nie małą furorę - chyba, że to tylko mi się tak zdawało ;) Darek stwierdził, że już mi nigdy nie będzie wierzył w te moje bzdurne gadania o nie-jechaniu na Pow Wow czy na zlot :D (i w sumie ma racje, bo na szczęście jak dotąd tylko raz się owe smutne proroctwa spełniły).
    "Mirrow? Co ty tu robisz? Mówili, że cię miało nie być" - słyszałam na każdym niemal kroku. A wszyscy tacy szczęśliwi, że mnie widzą jakby przyjechał nie wiadomo kto. Wiecie jakie to miłe, sympatyczne, pozytywne i kochane? Doskonale wiecie! :)
    Tegoroczne Pow Wow rozpoczęło się dużo później niż zazwyczaj - z tego co wiem to było to pierwsze nocne Pow Wow w Polsce. Było jednak coś jeszcze co naznaczyło je pewną dozą nie-zwykłości. Otóż wszyscy, myślę, zdajemy sobie sprawę z tego, że w tym samym czasie cały nasz kraj był pogrążony w żałobie po górnikach, którzy zginęli w kopalni Halemba. Łącząc się w bólu i cierpieniu z rodzinami zmarłych, razem z naszymi Gośćmi zza oceanu, - grupą
Indian Nisqually oraz Czarnych Stóp (Blackfeet) - uczciliśmy ich pamięć... (Tragedia w kopalni Halemba).
    Dzięki zabiegom Bogdana Płonki i jego Komitetu Organizacyjnego Pow Wow odbyło się w wyznaczonym terminie. Około godziny 20:00 w prze-kolorowym Grand Entry tancerki i tancerze weszli na arenę. Flagę Polski przewiązaną czarną tasiemką, na znak żałoby, niósł Apacz (Stanisław) ubrany w galowy mundur górnika. Minuta ciszy, modlitwa... Nie wiem jak Was, ale mnie ogarnął ogromny ból i żal, poczucie, że stało się coś, co wydarzyć się nigdy nie powinno. Obecność naszych Przyjaciół z USA i ich współczucie, ich solidarność z Nami - z Polakami i z rodzinami ofiar tragicznego wypadku, dodawała niesamowitej otuchy.
    Tak jak jednak i życie tak i Pow Wow potoczyło się dalej normalnym torem - jeżeli tak to można ująć. Nie sposób było usiedzieć na miejscu, nie sposób było oprzeć się muzyce, śpiewom i tańcom. Porwana uczuciem i radością tańczyłam do upadłego. Niesamowita energia, atmosfera i poczucie wspólnoty. Coś wspaniałego - dzięki Bogdan, było cudownie! :)
     Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie znalazła jakiejś dziury w całym ;) Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane, program był naprawdę ciekawy i na nudę czy monotonie narzekać nie można. Ale... No właśnie, mimo to jest to wredne ALE. ;) Drogi organizatorze, tak Bogdanie, to do Ciebie teraz kieruje te słowa :) - Pow Wow było stanowczo, ale to zdecydowanie i definitywnie, bezdyskusyjnie i bezsprzecznie ZA KRÓTKIE (i tu kończy się moja lista zarzutów pod adresem tegorocznego PW :).

Do zobaczenia na następnym Pow Wow! - Mirrow.

  23 Grudnia 2006, Brzeg Dolny

SMUTNE ale PRAWDZIWE* refleksje o PRPI**

     Na początek kilka słów o...
     
Ewolucja jest podobno stanem naturalnym, nie tylko dla człowieka, ale i dla świata w Ogóle. Rozwój jest dążeniem nie tyle do doskonałości, co do polepszenia bytu..., do polepszenia sytuacji bytowej i wszystkiego co ową sytuację bytową okala. Te dążenia - czasem zbyt gwałtowne i porywcze, czasem zbyt ostentacyjne, ale jednak istniejące - możemy zauważyć także wśród Nas - wśród indianistów, mniej lub bardziej identyfikujących się z tworem nieformalnym jakim jest Polski Ruch Przyjaciół Indian, pod który to twór chcąc nie chcąc każdy indianista zostaje w końcu podpięty. W związku z powyższymi, wraz z biegiem czasu, wraz z rozwojem ilościowym pojawia się pytanie o jakość i kierunek w jakim to wszystko zmierza - w jakim my wszyscy zmierzamy, a kierunek, bądź co bądź jest pluralistyczny i musimy pogodzić się z tym, że na jednym krześle to się Nas wszystkich poglądy nie usadowią... Będąc jednak istotami - z założenia i z reguły - rozumnymi, powinniśmy dojść do tego, że zbicie paru desek i utworzenie z nich ławki, ba! - ławy! da nam pewne perspektywy na porozumienie się, na kompromisy jakich to często nie sposób uniknąć***. Tyle na wstępie.
     Przeglądając forum indianie.info
     Nie chcąc być gołosłowna (patrz: **) musiałam przeczytać te wasz wypociny  ;) A tak na poważnie - z wielkim zainteresowaniem śledziłam Waszą dyskusję. Już dawno chciałam zabrać w tej kwestii głos - zabrać i zaraz potem oddać go Wam, żeby poznać Wasze stanowisko. Robię to w tej chwili - to, tj. zabieram głos - i mam nadzieję, że nie będzie to tego pokroju inicjatywa co porywanie się z motyką na słońce, tudzież mniej ambitnie - na księżyc. Mam też nadzieję, - choć nadzieja wywieść mnie może w pole i to bardzo szczere pole - że spotkam się z konstruktywną krytyką, przemyślanymi kontrargumentami i stonowaną aprobatą (nie ma to jak złoty środek). Mam nadzieję, że swoją wypowiedzią nie wywołam tsunami złorzeczeń, lecz radosną symfonię  prób zrozumienia i interpretacji, zastanowienia i głębokiej kontemplacji. Wierzę, że tymi paroma słowy dorzucę pozytywne, przysłowiowe, trzy grosze do w.w. dyskusji.
     A dyskusja rozrosła się do całkiem sporych rozmiarów, dlatego też streściłam ją w formie wypunktowanego planu "wydarzeń", tj. kolejnych wypowiedzi użytkowników forum - dzięki temu moja wypowiedź, mam taką nadzieję, usystematyzuje się nieco i pozwoli objąć całość problemu. Ale przejdźmy do rzeczy pozostawiając zagłębianie się w tego typu niuanse, tym bardziej ambitnym tudzież bardziej dociekliwym.
     Pierwsze zagadnienie  jakie zostało poruszone można zawrzeć w następującym zdaniu: "Indianie są super, ale tylko w książkach". Mogłabym na ten temat napisać cały elaborat, ale nie ma to w tej chwili najmniejszego sensu - kto by to zresztą chciał wtedy czytać. Postaram się, więc ująć to najtreściwiej jak tylko potrafię. Wielu z nas, indianistów, zaczynało swoją przygodę z Indianami od znanej, w moim mniemaniu - każdemu, książki Karola May'a, sławnego niemieckiego pisarza, osnutego niesamowitymi anegdotami - tj. od Winnetou. Sylwetka indiańskiego wodza jaka wyłania się z tekstu to niemalże od początku do końca idealna kalka wyobrażeń autora, a nie odzwierciedlenie rzeczywistości. Jest to, mogłoby się wydać, rzecz jak najbardziej oczywista. Doświadczeniem jednak nauczona nie mogę ślepo Waszej wiedzy zaufać. Wspominam tu o owym krzywym zwierciadle Indianina właśnie na tym konkretnym przykładzie, jakim jest w.w. książka, nie bez powodu. Z jednej strony jesteśmy ludźmi rozumnymi i zdajemy sobie z wielu zagadnień sprawę, ale z drugiej, ulegamy pewnym stereotypom i schematom. To oczywiście jest jak najbardziej pozytywne - w końcu na takich archetypach wrośniętych w świadomość opierają się nasze struktury kulturalne i tożsamościowe, ale może to także prowadzić do pewnych zniekształceń czy też uprzedzeń. Podam proste przykłady:
 - Szkot - skąpiec,
 - Anglik - flegmatyk,
 - Francuz - zarozumialec,
 - Rumun - brudas,
 - Cygan - złodziej,
 - Polak - pijak.

Takimi to, w większości bardzo krzywdzącymi, stereotypami zarzucone są umysły wielu z nas. I nawet jeśli otwarcie sprzeciwiamy się takiemu spłycaniu świata, to mimo wszystko widząc Cygana, chwytamy za portfel ukryty w kieszeni czy torbie. Jest to spowodowane masowością kulturową i mocnymi jej korzeniami. Proces wykorzeniania trwa, ale jest to proces niezwykle żmudny, czasochłonny i bardzo trudny do zrealizowania. Wracając jednak do wątku, stereotyp Indianina powielany przez filmy, książki, a także niejednokrotnie przez malarzy zapisał się gdzieś w naszej podświadomości. My wiemy, że wcale tak nie było, że rzeczywistość przedstawiała się znacznie bardziej przyziemnie, ale jednak idea ma moc, której nie sposób odmówić. Wydaje nam się, że nie ma nic prostszego jak tylko podążanie za wytycznymi kultury. Nie żyjemy jednak w Ameryce Północnej, nie znamy tamtejszych realiów, nie jesteśmy mentalnie nastawieni na tamto rozumowanie i tak naprawdę to nie nam się w tych kwestiach wypowiadać. Na jakiej, więc podstawie oceniamy Indian (m.in. naszych gości z PW)? Co daje nam prawo osądzania? Wydaje nam się, że owi Indianie jedzący w McDonald'sie sami sobie i swojej kulturze przeczą. Głosy oburzenia były, były także sformułowania: plastikowi/sztuczni Indianie. Pili piwo? Ich
wybór. Jesteśmy tylko ludźmi: zarówno my jak i Oni, a wymagamy od Indian nieskazitelności. Nikt nie jest idealny. Każdy podąża swoją ścieżką życia na swój własny sposób. Czasy się zmieniają, ludzie też. Nie możemy od nikogo wymagać by dopasowywał się do rozpowszechnionego wśród jakiejś grupy swojego obrazu idealnego. To zakrawałoby o lekką paranoję. Nie znaczy to jednak, że usprawiedliwiam wszystkie zachowania naszych gości. Po prostu, tak jak już napisałam - oni są ludźmi i jak każdy człowiek mają prawo do błądzenia. Ważne jest by nie tkwić w błędzie i przyznać się do niego. Prawda? Wróćmy, więc do sformułowania wokół, którego ten akapit krąży: "Indianie są super, ale tylko w książkach". To prawda - każdy wypada w świetle wspaniałego fabularnego świata książki lepiej niż w rzeczywistości. Musimy się jednak zastanowić czy interesuje nas fikcja czy raczej rzeczywistość. Czy chcemy nadal tkwić w błędnych choć pięknych bajkach czy poznać trudną, ale prawdziwą teraźniejszość. To pytanie należy roztrząsać indywidualnie w zgodzie z własnym sumieniem i przekonaniami. Jak dla mnie każdy człowiek jest super, przede wszystkim z racji Bycia człowiekiem - po prostu BYCIA a nie EGZYSTOWANIA****.
     W tym momencie jakoś tak naturalnie nasuwa mi się kolejny wątek poruszony przez dyskutujących: skoro zadawane jest w.w. pytanie to automatycznie pojawia się obok niego wątpliwość: kim w takim razie jest indianista. Czy to przyjaciel Indian, pasjonat, hobbista, dorosły w skórze dziecka, człowiek uciekający przed szarą rzeczywistością, człowiek dostrzegający w kulturze drugiego narodu zjawiska symilarne do zjawisk jakie naznaczyły historię jego własnego kraju czy jeszcze ktoś inny? A może takowa jednostka to kompilacja wszystkich wymienionych tu typów? Czy indianistą jest się od święta czy na co dzień? Czy indiańskość indianistów to barwne stroje, które przywdziewają na siebie podczas Pow Wow, zlotu, takini czy innej imprezy, czy może raczej styl życia dyktowany przez serce/ modę/ zachciankę/ chęć wyróżniania się/ poczucie odosobnienia; odrzucenia i szukania zrozumienia? Wątki nie raz poruszane^ i mocno ze sobą powiązane - dlatego też nie będę omawiać ich osobno ani też specjalnie zagłębiać się w ich istotę. Przetrząsając treści forum taka oto wypowiedź, z poruszanymi tu wątpliwościami związana, rzuciła mi się w oczy: "Myślę, że indiańskość to nie pow-wow, nie stroje, śpiewy... To styl życia, system wartości, harmonia ze światem, pokora i szacunek wobec życia. To wszystko ma się w sobie albo nie. Cała wizualna otoczka indiańskości to z jednej strony forma demonstracji wobec świata - kim jesteśmy i jak myślimy, ale także forma jedności ludzi skupionych wokół podobnych myśli, spraw i problemów. Wydawałoby się, że wszystkim im powinien przyświecać jeden wspólny cel." - (joanna). Joanna wypowiada się krótko, ale za to dość treściwie, do tego owa treść ma w miarę przyzwoite ręce i nogi, mimo, iż po drodze zgubiła gdzieś kilka palców. Ale mniejsza z tym. W przypisach podałam adres strony internetowej, gdzie możecie znaleźć znaczne rozszerzenie owej kwestii. Tutaj przedstawię Wam pokrótce mój punkt widzenia, z którym - co z góry zaznaczam - nie musicie się zgadzać i możecie - jest to wręcz wielce wskazane - polemizować. Kim jest indianista? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Każdy powinien we własnym zakresie przyznać się przed samym sobą, z ręką na sercu, co znaczy konkretnie dla niego samego bycie indianistą. Dla mnie to coś znacznie głębszego niż tylko poznawanie obcej kultury i obyczajowości. Indianiści, Indianie..., pozwolili mi dostrzec świat takim jakiego do owej chwili nie znałam. Dla mnie ich kultura nie jest stylem życia, ale jego integralną częścią dzięki, której nabiera ono sensu i znaczenia. Uczę się od Indian i jestem pewna, że oni mogą wiele nauczyć się od nas. My, Polacy, także potrzebujemy odkryć swoją kulturowość na nowo. Powinniśmy brać przykład z Rdzennych Amerykanów - tym bardziej, że bardzo bogata jest Polska odziedziczona po przodkach - bogata literacko, malarsko i obyczajowo. Jest więc o czym się uczyć i co pielęgnować. Filozofia życia jaka w ogólnym zarysie wyłania się z większości legend indiańskich, z wielu podań i wierzeń w zdecydowanej większości odpowiada moim przekonaniom i mojemu systemowi wartości. Jak tu więc się z nią nie utożsamiać i nie zgłębiać jej? Ponadto, i tak już w formie lekkiej dygresji od wydźwięku ogólnego tego wątku - Indianie borykają się z wieloma problemami aktualnymi dla nas. Wiele z tych problemów znalazło rozwiązanie, bądź to u Nas bądź u Nich - czemu by więc nie dzielić się zdobytym doświadczeniem? Mamy wiele wspólnego. To jeden z naprawdę niewielu argumentów jakie motywują kierunek moich zainteresowań, pasji i działań... Dzięki Indianom i indianistom powoli zaczynam rozumieć samą siebie, poznaję ludzi i świat. To nie jest mój sposób na życie - to jest moje życie.
     Następnym i w sumie już ostatnim aspektem jaki warto by omówić/ przemyśleć jest bardzo rozległy temat spotkań indianistów - czy to w formie Pow Wow, czy zlotu (zaznaczam w tym miejscu, że NIE TYLKO owych dwóch wymienionych spotkań; na ich przykładzie po prostu  najlepiej widać zachodzące procesy wewnętrzne i zewnętrzne naszej społeczności). Stojącym na szczycie piramidy wartościującej pytaniem jest pytanie o formę w jaką powinny być obleczone nasze działania i nasze istnienie jako istnienie indianistów w ogóle. Czy ma to być nieformalne PRPI (tak jak teraz) czy może lepszym rozwiązaniem byłaby formalna alternatywa PRPI, tj. coś zbliżonego do PSPI? Jeśli wybralibyśmy pierwsze rozwiązanie, to należałoby się mocno zastanowić nad przyszłością Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian. Za nami 30 zlotów i jak wiele osób zauważyło oprócz pracy jednostek, która mimo wszystko ginie gdzieś w tłoku, w ruchu nie wiele się zmieniło, a czas idzie naprzód i chcąc nie chcą powinniśmy podążyć za nim. Dostosować się do nowych warunków i Rozwijać się. Tymczasem indianiści, w większości przypadków, stali się biernymi biorcami, którzy nie potrafią wyjść z inicjatywą - bo albo jej nie mają albo się wstydzą. Ludzie, których stać na działanie są wyzyskiwani, a ich praca i wysiłek nie są doceniane. Mało kogo stać na gest bezinteresownej pomocy! Przyjeżdżamy na zlot czy Pow Wow nie z zamiarem tworzenia go, - a przecież te imprezy to My. To to czym żyjemy, to to co kochamy i tak na prawdę to od nas zależy w dużej mierze jak one wyglądać będą i w jakim kierunku będą zmierzały - lecz z oczekiwaniem na ofertę, którą w mniemaniu wielu, ma obowiązek przedstawić organizator. Nie zamierzam wnikać w to czy przyjeżdżamy na wakacje/urlop czy po to by wymienić się zdobytym doświadczeniem, by spędzić czas z ludźmi, z którymi możemy porozmawiać o tym co naprawdę nas zajmuje. Jak ktoś wspomniał: "żadnemu człowiekowi nie wolno mówić co ma robić". Zastanawiam się tylko czy chcemy urządzać spotkania towarzyskie wzajemnej adoracji, czy raczej spotkania, które, wg. pierwotnych idei i zamierzeń, mają poszerzyć naszą wiedzę i horyzonty światopoglądowe. Zastanawiam się nad odpowiedzialnością, którą chyba ktoś zaczarował, bo trudno ją dostrzec. Odpowiedzialnością za to co robimy i co sobą reprezentujemy. Joasia, cytując jej słowa, myślała, że indianiści to ludzie, którzy wierzą w to co robią i traktują to poważnie. I przyznaje, że gdy parę lat temu dowiedziałam się o istnieniu Ruchu to też tak myślałam. Posuwałam się nawet dużo dalej i dokonywałam swoistej sakralizacji na pewnych personach (te osoby z pewnością domyślają się, że mam tu właśnie Je na myśli). Z czasem jednak mój stosunek do ruchu zmienił się nieco - a wszystko to oczywiście za sprawą rzeczywistości, która bezlitośnie prostuje nasze przekonania i poglądy. Wszystko to stało się bardziej racjonalne, co nie znaczy, że pozbawione pewnej dozy niesamowitości i wspaniałości..., wyjątkowości. Chcąc nie chcąc dostrzegam słabe strony naszej małej społeczności. Wielu z nas nastawiło się na zysk i wyzysk. Dla wielu wspólne spotkania stają się rozrywką - czymś co wyrywa na chwile ze świata ciągłego spieszenia się do pracy lub ciągłego myślenia o jej braku i o braku pieniędzy. Ci też właśnie bardzo często żyją jedynie od jednego do drugiego spotkania. W międzyczasie zaś pozostają w stanie hibernacji bądź też zupełnej amnezji w kierunkach indianistycznych zwróconej. Nie odmawiam tu nikomu prawa do stawiania siebie jako osoby fizycznej, w dowolnie wybranej funkcji - każdy, jak wspomniał Obłużowsczyk, ma prawo widzieć swoje miejsce, czy to w ruchu, czy na jakiejkolwiek imprezie przez ruch organizowanej, na swój własny sposób, ale wszystko ma jakieś granice. Spotkania zaś coraz częściej przybierają formę nie-indiańskich, tj. indianistycznych, tzn. skupiających ludzi zainteresowanych bardziej samymi sobą niż Indianami i ich kulturą. I nie mam tu na myśli ludzi, którzy czekają na Pow Wow czy na zlot jak na pewne święto czy sposobność do zdobycia wiedzy lub tej czy tamtej potrzebnej właśnie rzeczy. Nie mam tu też na myśli ludzi, którym owe spotkania pomagają utwierdzić się w przekonaniu, iż to czym się zajmują to jest właśnie TO. Te spotkania często są akumulatorem ładującym enregię na kolejne dni wytężonej pracy czy nauki. Nadają pewien kierunek i stanowią swoisty punkt zaczepienia dla naszych planów. I takie spojrzenie nie jest niczym złym. Dla innych z kolei, spotkania, zainteresowania, są swoistą, swego rodzaju pracą - i wszystko jest dobrze jeśli nie jest to praca nastawiona jedynie na zarabianie i to jeszcze do tego, często po przez różne matactwa czy też kłamstwa. Praca w sensie pozytywnym - przynosząca pozytywne efekty, jest jak najbardziej wskazana! Czym są owe pozytywne efekty? Myślę, że jest to dość klarowne. Podam jednak w gwoli ścisłości prosty przykład: szyjemy stroje > więc potrzebujemy pewnych materiałów > ktoś mający do nich dostęp dostarcza je /czasem są one bardzo trudno dostępne!/ > sprzedający nie zawyża cen i jest uczciwy wobec nas, nie sprzedaje nam trefnego towaru - to jest właśnie moim zdaniem praca zasługująca na akceptacje i uznanie, jak najbardziej pożądana i mile widziana... Ale oczywiście nie musicie zgadzać się z moim zdaniem. Jest to, co zaznaczam, jedynie pewien wąski wycinek szerokiego wachlarza różnorakich możliwości i też nie należy brać tego jako jedynego słusznego poglądu - punkt widzenia, posługując się potocznym stwierdzeniem, zależy od punktu siedzenia, bo jak twierdził sam Einstein wszystko na tym świecie jest względne (co też nie jest do końca pewne, ale gdybanie pozostawmy tym, co zajmują się tym zawodowo, tj. teoretykom i filozofom). Co zaś jeszcze tyczy się samego PRPI i spraw ogólnych z nim związanych: rzucone zostało hasło REGUŁY. Reguły kojarzą nam się z ograniczeniami, a to co nas ogranicza wywołuje zazwyczaj sprzeciw i prowokuje do występowania przeciwko, choćby z samej przekory, z samego założenia bycia na nie, skoro ktoś śmiał nam rozkazywać i mówić co mamy robić. I jeśli miało by to przypominać obóz o zaostrzonym rygorze to rzeczywiście nie tędy droga. Ale zasady przeważnie pozwalają nam uporządkować nieco swój świat i ułatwiają porozumiewanie się, współżycie i dążenie do wspólnych celów. Oczywiście, jak wspomniała Witominianka nikogo nie można uszczęśliwiać na siłę. Nie można uszczęśliwić pojedynczej osoby a co dopiero całego ruchu. Ale to nie znaczy, że należy założyć ręce, usiąść i czekać z nadzieją, że jakoś to przecież będzie... Tak z robiło wielu i jakoś rzeczywiście jest, ale chyba nie tak jak być powinno. Nie bójmy się krytyki. Nie pozwólmy, żeby spełniła się przepowiednia Kochanowskiego:

Cieszy mię ten rym: Polak mądry po szkodzie:
lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
nową przypowieść Polak sobie kupi,
że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Rozglądam się po ruchu i nie widzę tu zbyt wielu autorytetów, choć mam to szczęście, że znam ich jednak dość sporo. Nie wielu jest ludzi, którzy mogliby dawać przykład Nam, młodym, jak rozwijać się i kształtować. Tych, którzy nauczyli by nas jak propagować to co w naszym życiu - Naszym i Ich samych - takie ważne. Potencjał młodych wydaje się tu być mocno dyskryminowany i spychany na dalszy plan. Bo co taki smarkacz może wiedzieć? I jest jeszcze wiele kwestii z jakimi boryka się obecnie Polski Ruch Przyjaciół Indian. To martwi, ale i cieszy. Problemy są naturalnym towarzyszem zmian i rozwoju. Nie pozwólmy jednak by obróciły się przeciwko nam i zniszczyły wszystko to co najlepsze.
     Co by było gdybyśmy wybrali drugą opcję, tj. formalne stowarzyszenie? Wbrew pozorom, które stwarzają obraz niezwykle problematycznego zagadnienia - a owym zagadnieniem jest biurokracja związana ze wszelkimi formami formalnymi w państwie, stowarzyszenie niesie za sobą bardzo wiele korzyści. Rozwija repertuar niezliczonych możliwości pozyskiwania wsparcia finansowego, jest traktowana znacznie poważniej niż jednostka nieformalna i ma znacznie szersze uprawnienia prawne. Pozwala okiełznać ludzi i wyciągać konsekwencje z ich zachowań. Daje to większą efektywność w działaniach. Ale czy po tylu latach, czy przy takiej ilości członków ruchu jest to projekt realny? Czy nie jest to utopia niemożliwa do zrealizowania? Czy znalazłby się człowiek - autorytet szanowany przez wszystkich (lub chociaż przez druzgocącą większość), który potrafił by doprowadzić to wszystko do skutku? I czy po skończeniu się jego kadencji nie doszłoby do rozłamów czy też walk o jego stanowisko? Boję się, iż PSPI jest gwiazdą na niebie, której nie sposób dosięgnąć z ziemi. A może wystarczyłoby nieco więcej wiary w ludzi? Nie wiem.
     Poruszone zostało jeszcze takie zagadnienie jak opłaty (składki), ale te wiążą się bezpośrednio z poprzednim akapitem. W nawiązaniu do tegoż wątku, wszczęła się również pod dyskusja o prowizorce. Myślę jednak, iż została ona dostatecznie wyjaśniona przez Cypriana (fragm. wypowiedzi: "(...) a prowizorka i obciach to przecież od zawsze Indiańskie podejście też wtedy, kiedy na Pow wow zbierane są pieniądze w czasie Honor Dance za zmarłych albo dlatego, że ktoś chce dojechać z powrotem do domu i nie ma na benzynę, więc zamiast uczyć się odrobiny hojności i dzielenia się tym co mamy zacznijmy płacić składki (...)"^^). Mowa była także o Pow Wow - w jakim celu i po co się je organizuje. Ta kwestia - w moim mniemaniu, także nie wymaga omówienia (a jeśli kogoś nie zadowala taka odpowiedź to pocieszę, że szerzej można o tym poczytać w Internecie, choćby na indianie.eco.pl).
     Podsumowywując...
     Ruch to wielu naprawdę wspaniałych ludzi pełnych siły, wiary i potencjału. Cóż jednak znaczy ich praca wobec tak wielu problemów, które czekają na to by je rozwiązać lub w ogóle dostrzec? Ci ludzie to wciąż kropla w morzu. Rozumiem, że nie wszyscy są zdolni wziąć na siebie tak dużej odpowiedzialności, jaką jest wychowanie indianistów. Wszyscy jednak możemy i powinniśmy wziąć odpowiedzialność za to co my sami czynimy i co sobą po przez te czyny reprezentujemy. Rośliny nie wystarczy zasiać - trzeba ją podlewać, podcinać, zapewnić jej odpowiednie nasłonecznienie i chronić przed żarem i chłodem. Musimy wreszcie zdać sobie sprawę z pewnych konsekwencji wynikających samoistnie i naturalnie z każdej małej społeczności. Włóżmy w ruch swoje serca, entuzjazm i wiedzę. Nie bądźmy bezczynni i realizujmy to co naprawdę ważne! Nie chce nikogo wytykać ani nikogo oskarżać. Chciałabym, żebyśmy razem zrobili coś rzeczywiście dobrego - coś co w istocie leży w zakresie naszych zainteresowań i pasji, co jest zgodne z pierwotnymi hasłami PRPI. Uczmy się na błędach - swoich i cudzych. Wszyscy znamy jeden z największych słabych punktów pierwotnych amerykańskich narodów. Wszyscy wiemy co mogłoby sprawić, iż mieliby oni szanse wygrać z białym najeźdźcą. Ale wcale nie musimy szukać aż tak daleko. Wystarczy spojrzeć na historię własnego kraju, czy historię któregokolwiek europejskiego narodu. Historia lubi się powtarzać...? Nie pozwólmy na to! Mój, w pewnym sensie, apel nie jest pustym frazesem. Wierzę, że potrafimy się zjednoczyć i razem działać. Wierzę, że na drodze porozumienia, kompromisu i tolerancji wiele jeszcze przed Nami. RAZEM.


Beata "Mirrow" Krzyżosiak

* - pojęcie "prawdziwe" to pojęcie względne tak jak względna jest prawda;
** - tekst w nawiązaniu do dyskusji rozgorzałej na forum indianie.info;
*** -
a kompromis nie zawsze oznacza przecież przegraną, nie zawsze jest negatywny choć dzisiaj jest dość mocno w tym kierunku nacechowany. Umiejętność kompromisu często świadczy o naszej dojrzałości!;
**** -
egzystowanie - tu: bezczynne, bierne życie  polegające na roli, przede wszystkim, BIORCY z racji - często wyimaginowanej - należności (tj.:"bo mi się należy"). BYCIE -> od: "być czy mieć"; tu: bycie to nie krycie się w cieniu innych, ale działanie w pełni tego słowa znaczeniu! Działanie na rzecz własną i rzecz drugiego człowieka. To podążanie własną ścieżką zgodnie ze swoim sumieniem, światem i ludźmi;
^ - Czy Indianie mają w Polsce przyjaciół? - http://indianie.eco.pl/litera/polemika.htm;

^^ - zaznaczam, że jest tu zawarta "mała IRONIA" - gdyby ktoś jej nie zauważył i miał później wypominać coś Cyprianowi. Polecam z resztą zajrzeć na stronę forum i przeczytać całą jego wypowiedź.

Photos by Mirrow & Magda. All rights reserved - Mirrow.